- LISTOPAD 2003
- Czy oleski szpital utonie w długach? - Widmo długów nad szpitalem. Szpital w Oleśnie chce zaciągnąć nowe kredyty, aby spłacić stare długi. Zadłużenie placówki sięga kilku milionów złotych. Czy szpital w Oleśnie utonie w długach i zostanie zlikwidowany?Służba zdrowia w Polsce jest chora. Brak pieniędzy, likwidacja szpitali, chaotyczne reformy - oto objawy choroby. Kłopoty nie ominęły, rzecz jasna, również szpitala w Oleśnie. Mieszkańcy powiatu oleskiego z niepokojem śledzą wiadomości o zadłużeniu oleskiej placówki. Od pewnego czasu krążą pogłoski, że szpital w Oleśnie zostanie zlikwidowany. Dr Andrzej Łucki, zastępca dyrektora ds. medycznych, podkreśla, że przyczyny kłopotów finansowych są niezależne od szpitala. Wynikają z błędów legislacyjnych. Zadłużenie szpitala powstało głównie w wyniku dwóch ustaw. Pierwsza z nich to sławna ustawa 203, przyznająca pracownikom szpitali wysokie podwyżki płac. Ustawa jak najbardziej słuszna, gdyby nie to, że... nie zatroszczono się o źródło finansowania tych podwyżek. Druga część zadłużenia to sprawa dyżurów lekarskich, które uznano za pracę w nadgodzinach. Obie ustawy wywołały lawinę roszczeń i wpędziły szpital w zadłużenie. Czy szpital w Oleśnie zostanie zlikwidowany?
Nie do mnie należy kierować takie pytanie - odpowiada dyrektor Andrzej Prochota. - Nie ja podejmuję takie decyzje. Przyznaje jednak, że nie wyobraża sobie takiej możliwości. Ze swojej strony może dać słowo, że zarząd szpitala w Oleśnie zrobi wszystko, aby placówka istniała nadal i funkcjonowała coraz lepiej. (Oleska Gazeta Powiatowa)
- Drogi sa usiane krzyzami upamietniajacymi ludzkie tragedie - Odchodzą pośpiesznie, ich życie nagle zostaje przerwane. O tym, że zginęli w tym miejscu, przypominają tylko przydrożne krzyże.
Pani Józefa, zanim potrącił ją w 2001 roku samochód, kiedy jechała na rowerze z Malichowa do Dobrodzienia, była w grupie najlepszych listonoszy. Teraz jest na rencie i ze łzami w oczach wspomina swoją pracę z ludźmi. O kierowcy, który zbiegł z miejsca wypadku, mówi bez złości jedynie tyle, że odebrał jej zdrowie. Jednak jej poczucie osobistego dramatu maleje, gdy spogląda przez okno i w przydrożnym rowie widzi krzyż po ofiarach wypadku - pięciu 18-latkach, którzy dopiero zaczynali życie. Pani Józefa zadaje sobie wtedy pytanie, czy tak musiało się stać? Czy Opatrzność miała jakiś cel, dla którego musieli zginąć? Ten krzyż widzą też kierowcy przejeżdżający tą ruchliwą trasą Gliwice - Poznań. A także palące się znicze na betonowym przepuście, leżącego pluszowego słonika i napis: "Na zawsze w pamięci". Po piątce licealistów zostały dwa miejsca pamięci - na cmentarzu i tam, gdzie zginęli. - To drugie jest równie ważne, bo mówi, że tutaj człowiek stracił życie - uważa pani Józefa. 18-letnia Sylwia była bliską koleżanką tych, którzy zginęli w samochodzie rozbitym o betonowy przepust. Sylwia mówi, że w każdy czwartek razem z przyjaciółmi zapalają na ich grobach znicze. - To może trochę głupie, ale wtedy rozmawiamy o dyskotekach, których już nigdy nie będzie - dodaje. - Na miejsce wypadku w Malichowie chodzimy rzadziej, zbyt mocno jeszcze boli... Wszystkie polskie drogi są usiane takimi krzyżami. W Starym Oleśnie, na odcinku drogi między Olesnem a Kluczborkiem, niedaleko zabytkowego kościółka, od marca stoi krzyż. - Następnego dnia po wypadku już go zobaczyłem, teraz ciągle palą się tam znicze - opowiada 17-letni Adrian Mzyk ze Starego Olesna. - Pamiętam to popołudnie bardzo dobrze, bo jechałem z praktyki z Olesna. Widziałem z autobusu strażaków przy tym seacie, który wpadł na drzewo... Przy tej drodze stoją jeszcze cztery krzyże. - Człowiek jest, a na drugi dzień go nie ma - stwierdza 60-letni Hubert Wieloch ze Starego Olesna. - Ta droga jest niebezpieczna, człowiek raz po raz widzi, jak kruche jest życie. - A jeszcze kolejny krzyż stoi w lesie - przypomina sobie po chwili Hubert Wieloch. - Ten pamiętam bardzo dobrze, bo wypadek zdarzył się w dniu moich urodzin, siedem lat temu. Wieloch zachował w pamięci jeszcze inne tragedie, do których doszło w Starym Olesnie przed laty: - Zginął brat mojej żony, przez pijanego kierowcę. Życie pod kołami samochodu stracił też nasz listonosz i jeszcze przejezdny mężczyzna z Częstochowy, i dziecko z naszej miejscowości... Po wąskiej drodze między Olesnem a Gorzowem, z jednej i drugiej strony otoczonej bukowym lasem, mkną ciężarówki. Niedaleko Skrońska wzrok niejednego kierowcy przyciąga napis na drzewie "V - nie zabijaj". - Napis jest tu od czterech lat, a pod drzewem zawsze palą się znicze - mówią mieszkańcy Skrońska. Sam wypadek pamiętają bardzo dobrze. - Trudno nie pamiętać niepotrzebnej śmierci, kiedy pod kołami rozpędzonego auta ginie nastoletni człowiek z sąsiedniej wsi - mówią. Takich krzyży jest w tej wsi więcej. - Na samym tylko skrzyżowaniu od Boroszowa do Skrońska w ciągu 8 lat, na krótkim odcinku - pod kołami samochodów zginęło siedem osób - mówi Mieczysław Naumowicz ze Skrońska. Na drodze z Olesna do Radłowa, na kilkukilometrowym odcinku w stronę Świerkli, też stoi kilka krzyży. - Jeden postawili dwa lata temu, jak zginął 30-letni mężczyzna z sąsiedniej wsi - wyjaśnia Anna Chuć z Kolonii Biskupskiej. - Kolejny, kiedy kobietę idącą poboczem potrącił samochód. W Kolonii Biskupskiej w lesie stoi kapliczka - akurat w tym przypadku postawiona nie w związku z wypadkiem drogowym, choć tutaj też zginął człowiek, tyle że w wypadku podczas prac leśnych. Choć dla najbliższych pamięć o tym wydarzeniu ciągle jest żywa, w pamięci mieszkańców z okolicznych wsi może się ledwo tlić. Mówią, że czas leczy rany i zaciera wspomnienia. Tym bardziej, że przybywa wciąż nowych tragedii. Teraz ludzie mówią o kolejnym krzyżu, po ostatnim śmiertelnym wypadku na Świerkli, w pobliżu Radłowa. - To było zaledwie miesiąc temu, kiedy 19-letni chłopcy jechali ze szkoły do domu do Starokrzepic - mówi Anna Chuć. - Do domu już nigdy nie dojechali... - Na drodze do Katowic, kilka kilometrów za Olesnem na odcinku do Sowczyc, też stoją krzyże - twierdzi Ewa Kaczmarek z Sowczyc. - Ten sprzed 20 lat pamiętają już tylko najstarsi. W drodze do domu z pracy na bardzo młodą dziewczynę najechało wojskowe auto... Na niebezpiecznym odcinku drogi na Poznań, w pobliżu Jaworka w gm. Rudniki, policjanci z oleskiej drogówki tylko w ubiegłym roku naliczyli 9 wypadków. Ten z udziałem młodej dziewczyny wszyscy we wsi pamiętają. Spieszyła się na studia do Częstochowy. Był niedzielny poranek, zginęła, zanim dojechała do zakrętu w Jaworku. Ludzie widzieli, jak jej samochód dachował w rowie. Teraz w tym miejscu palą się znicze... Rok temu, kilka dni przed pierwszym listopada, na tym samym zakręcie zostało przerwane życie kobiety i jej 27-letniego syna. - Była szarówka, zapadał zmierzch, spieszyli się do Częstochowy - opowiada pan Eugeniusz z Jaworka. - Teraz widzimy męża, jak przy krzyżu zapala znicze. - Słowików, Mirowszczyzna na przejeździe kolejowym, w Jaworku za Sarnią Górką na drzewie jeszcze do niedawna było widać krzyż - ludzie wymieniają miejsca, gdzie zapłoną teraz znicze. Za Sarnią Górką, w miejscu, gdzie teraz stoi stacja benzynowa, w latach 60. wjechał na drzewo młody chłopak. - Miałam 16 lat, kiedy ten krzyż na drzewie po Tadku jego rodzice wyryli - wspomina mieszkanka wsi. - Jego rodzice już nie żyją i po krzyżu śladu nie ma. Od kilku dni pod szkołą w Jaworznie płoną znicze. - Tydzień temu 21-letniego chłopaka z naszej wsi zabił samochód - wyjaśniają ludzie. I dodają: - Tu też stanie krzyż. (NTO-Jolanta Jasinska-Mrukot)
- Mało dzieci, mało pieniędzy ... W poniedziałek radni podjęli uchwałę intencyjną o likwidacji szkoły w Główczycach i połączeniu placówek w Bzinicy i Pludrach.
W gminie jest sześć szkół podstawowych: jedna miejska w Dobrodzieniu i pięć wiejskich - w Szemrowicach, Turzy, Pludrach, Bzinicy i Główczycach. W szkole miejskiej uczy się 284 dzieci, natomiast we wszystkich szkołach wiejskich jest ich 449: 133 w Szemrowicach, 109 w Turzy, 112 w Pludrach, 50 w Bzinicy i 42 w Główczycach. Przy czym, ze względu na to, że jedna z nauczycielek przebywa na dłuższym zwolnieniu lekarskim, wszystkich 8 szóstoklasistów z Główczyc dojeżdża obecnie do szkoły w Dobrodzieniu. Koszt utrzymania jednego ucznia w szkole w Bzinicy jest o prawie 90 proc. wyższy niż w mieście, zaś koszt utrzymania jednego ucznia w Główczycach - aż o ponad 110 proc. wyższy. Dlatego też jeszcze w styczniu władze gminy zaprosiły do Dobrodzienia prezesa Stowarzyszenia "Mała Szkoła" i zaproponowały rodzicom z Główczyc i z Bzinicy przekształcenie obu szkół w szkoły społeczne. Ponieważ rodzice na to nie przystali, władze planują od 1 września przyszłego roku zamknąć szkołę w Główczycach i przenieść jej uczniów do oddalonej o około 5 km szkoły w Dobrodzieniu. Jednocześnie chcą połączyć w jedną placówkę odległe od siebie o 6 km szkoły w Pludrach i Bzinicy. Tak, aby w Pludrach utworzyć oddziały I-III, natomiast w Bzinicy IV - VI. - Zdajemy sobie sprawę, że dla mieszkańców tych wsi to bardzo bolesne rozwiązanie - mówi Lidia Kontny, burmistrz Dobrodzienia. - Zwłaszcza że szkoła w Główczycach właśnie otrzymała tytuł "Szkoły z klasą" oraz stosowny certyfikat od Prezydenta RP. - Ale niestety, pieniądze za tym tytułem nie idą, a subwencje oświatowe są tak niskie, że nie mamy innego wyjścia. Utrzymujemy bowiem obie szkoły kosztem uczniów z pozostałych szkół. Ponieważ w każdym z oddziałów w szkołach w Bzinicy i Główczycach uczy się mniej niż osiemnastu uczniów, zaś w Dobrodzieniu mniej niż dwudziestu czterech, gmina otrzymuje na oświatę znacznie niższą subwencję, niż należałaby się jej, gdyby, zgodnie z ustawowymi wymogami, we wszystkich szkołach wiejskich uczyło się co najmniej 108 uczniów w sześciu oddziałach, natomiast w miejskiej - co najmniej 144. Ponadto z tego samego powodu gmina nie otrzymuje też z ministerstwa edukacji tzw. premii za racjonalizację sieci szkolnej, w wysokości ok. 50 tys. zł rocznie na szkołę. - W efekcie na utrzymywaniu dotychczasowej sieci szkół tracimy prawie 600 tysięcy zł rocznie i straty te będą coraz większe, bo uczniów będzie ubywać - zauważa Joachim Kiwic, przewodniczący rady gminy. - Dlatego też, choć jeszcze zaledwie dwa lata temu przeprowadziliśmy w Główczycach kapitalny remont dachu i naprawdę nie chcielibyśmy robić niczego wbrew woli rodziców, zmusza nas do tego brutalna ekonomia. Władze zapewniają też rodziców, że zorganizują uczniom dogodny dojazd do szkół i urządzą w nich nowoczesne, przestronne świetlice, gdzie będzie można czekać na autobus. A także, że dzięki wyższym subwencjom oświatowym, jakie wskutek reorganizacji otrzymywać będzie z ministerstwa, dzieci będą mieć znacznie lepsze warunki, bo będzie można wyposażyć szkoły w potrzebny nowoczesny sprzęt komputerowy i audiowizualny. - Dzieciom na pewno nie będzie się działa krzywda - podkreśla pani burmistrz. - Te, które będą dojeżdżać z Główczyc do Dobrodzienia, uczyć się będą w naprawdę dobrej szkole, przy której budujemy właśnie pełnowymiarową salę gimnastyczną. Natomiast połączenie szkół w Bzinicy i w Pludrach także powinno wyjść wszystkim na dobre. Szkoła w Bzinicy to przestronny budynek z dużą salą gimnastyczną, zaś znacznie mniejsza parterowa szkoła w Pludrach takiej sali nie posiada. Toteż wszyscy starsi uczniowie z Pluder uczyć się będą w znacznie lepszych warunkach. Jednak, mimo tych argumentów, rodzice uczniów z Główczyc są przeciwni likwidacji ich szkoły. - Mam córkę w pierwszej klasie i syna w trzeciej - mówi Jolanta Kowolik z Główczyc. - Owszem, zdaję sobie sprawę, że sytuacja w kraju jest ciężka i że na wsi ubywa dzieci w wieku szkolnym. Lecz z likwidacją naszej szkoły pogodzić się nie potrafię. Dzieci mają tu bowiem blisko i czują się tam jak w domu. Natomiast dorośli nie tylko włożyli w to miejsce mnóstwo pracy i serca, ale też bardzo się przy tej okazji ze sobą żyli. Toteż uważam, że nie powinno się jedną decyzją wszystkiego nagle przekreślać. Bo choć rzeczywiście nie zgodziliśmy się na przekształcenie tej szkoły w społeczną, to jednak nie kierowała nami zła wola, lecz tylko obawa, że nie zdołamy jej utrzymać. - Zdajemy sobie sprawę, że dzieci jest za mało - mówi Gabriela Nawrat, mama piątoklasisty z Główczyc. - Ale ta szkoła istnieje już ponad dwieście lat i powinna służyć przyszłym pokoleniom. Tym bardziej że w ostatnich latach nie tylko rodzice uczniów, ale niemalże wszyscy mieszkańcy wsi wiele zrobili dla niej społecznie. Urządziliśmy tu salę gimnastyczną, kupiliśmy zestaw komputerowy i inne sprzęty. Dlatego szkoda by było tę pracę obrócić wniwecz i skazać nasze maluchy na marznięcie na przystankach. Będziemy jeszcze przekonywać radnych, by zostawili w szkole przynajmniej dwa oddziały. Przeciwni planom władz są też rodzice dzieci z Pluder. - Nasza szkoła jest dla nas najistotniejszym wspólnym dobrem, jakie posiadamy - mówi w ich imieniu Józef Brol, ojciec dwojga tamtejszych uczniów. - Co więcej, liczy ponad stu uczniów i jeszcze długo będzie pełna. Dlatego nie widzimy powodu, dla którego miałaby stać się narzędziem dla ratowania szkoły w Bzinicy, i próbowaliśmy uświadomić to na sesji także wszystkim innym radnym. Ponieważ w trakcie głosowania przekonaliśmy się, że nie możemy liczyć nawet na poparcie radnych z naszej wsi (Tadeusza Urbanka i Ireny Miazgi - przyp. red), nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy będziemy się nadal przed tym rozwiązaniem bronić. Kto kogo przekona do swych racji - pokaże czas. Uchwała, którą podjęli w poniedziałek radni, nie jest bowiem jeszcze ostateczna i została podjęta jedynie po to, by gmina już teraz mogła się starać o pozyskanie w ministerstwie funduszy na urządzenie szkolnych świetlic. Natomiast by radni mogli zrealizować swe plany, zgodnie z obowiązującą procedurą, muszą w tym celu przeprowadzić konsultacje z rodzicami i kuratorem. Muszą także podjąć jeszcze w styczniu i w lutym dwie kolejne uchwały: o zamiarze redukcji sieci szkół oraz określającą szczegółowo nowe obwody szkolne. (Nowa Trybuna Opolska - Malgorzata Krysinska)
- Bezpieczni az do wiosny - Od 1 listopada nie można wyrzucać ludzi na bruk. Nie oznacza to jednak, że eksmisje w ogóle będą zawieszone. Okres ochronny nie dotyczy wykwaterowań do tzw. mieszkań socjalnych. Ale te są w fatalnym stanie i... drogie.
- Socjale to syf - mówi Izabela Tkocz, mieszkanka jednego z opolskich domów socjalnych, znajdującego się przy ulicy Kępskiej w Opolu. To między innymi tu trafiają opolanie eksmitowani do mieszkań socjalnych. - Na ścianach grzyb, łazienki zbiorcze na korytarzach, ogrzewanie jest elektryczne i zimą płacę za prąd 252 złote! - opisuje Izabela Tkocz, popijając wraz z sąsiadem z socjalu piwko. - Co innego robić w tej beznadziei? Panią Izabelę eksmitowano z trzypokojowego mieszkania na Chabrach. Teraz mieszka z dwoma synami w jednym pokoju bez łazienki. Jej sąsiad Wiesław Kownacki mieszkał na ZWM-ie i miał zaległości w opłatach na ponad 7 tysięcy, bo nie płacił około 3 lat. - Tu płacimy za elektryczne ogrzewanie i czynsz około 350 złotych miesięcznie - mówi pan Wiesław. - Toż to jakiś bezsens. Skąd ludzie, których nie stać było na normalny czynsz, mają brać pieniądze na aktualne rachunki za piece akumulacyjne? W lokalu nr 5 mieszka pani Maria. Nie poda nazwiska, ponieważ jej 10-letni syn Kuba byłby szykanowany w szkole. Kuba odrabia lekcje przy lampce nocnej podłączonej do przewodu elektrycznego, podciągniętego od... sąsiadki, która prąd jeszcze ma. Pani Maria od roku ma wyłączony prąd z powodu zaległości w opłatach na dwa tysiące złotych. - Eksmitowano nas ponad dwa lata temu z ulicy Spychalskiego, z dwupokojowego mieszkania - opowiada. - To był ogromny szok i wstyd, i strach przed nowym. Nie wiem, co począć, kazać dziecku odrabiać lekcje przy świecach? A co będzie, jak przyjdzie zupełny mróz? - Groźba eksmisji do lokalu socjalnego działa coraz częściej na ludzi jak straszak i zdarzało się, że tuż przed terminem eksmisji dłużnicy wpłacali pierwszą ratę, pisemnie proponowali ugodę - mówi Franciszek Dezor, prezes spółdzielni "Przyszłość" w Opolu. W tym roku w spółdzielni nie eksmitowano nikogo na bruk. W Spółdzielni Mieszkaniowej "Chemik" w Kędzierzynie-Koźlu ostatnia eksmisja miała być wykonana 30 października. - Ale lokator złożył nam na piśmie zapewnienie, że w systemie ratalnym spłaci dług. Bał się przeprowadzki do socjalu - wyjaśnia członek zarządu, Wiesław Bryła. Czasami okazuje się, że wystarczy przeprowadzić lokatorów do mniejszych mieszkań, aby ci już byli w stanie ponieść koszty utrzymania mieszkania: - Zdarzyło się, że dwie osoby mieszkały na siedemdziesięciu metrach kwadratowych - mówi prezes Dezor z SM "Przyszłość" w Opolu. W Spółdzielni Mieszkaniowej im. ZWM w Opolu eksmitowano w tym roku 5 osób, następnych pięć czeka w kolejce i będzie eksmitowanych po listopadzie. - To nie były i nie będą eksmisje na bruk - tłumaczy Wit Bródka, prezes SM im. ZWM. - Eksmitowani trafili do mieszkań socjalnych, w przypadku dwóch planujemy wykonanie tak zwanych eksmisji wewnętrznych, czyli do mniejszych mieszkań w ramach spółdzielni. W tej spółdzielni zadłużenie z tytułu nie płaconych notorycznie czynszów wynosi kilkaset tysięcy złotych (prezes nie chce uściślić ile, o skali długów nie chcą też mówić prezesi pozostałych spółdzielni). W kędzierzyńsko-kozielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej "Chemik" tylko jedna eksmisja (na cztery) była na tzw. bruk. To, że w ogromnych spółdzielniach wykonuje się tylko kilka eksmisji rocznie, nie oznacza, że nie mogłoby być ich więcej. W aktach spółdzielni im. ZWM leży około 20 sądowych decyzji o eksmisji, ale nie będą one wykonywane, ponieważ wyrzuceni lokatorzy powinni trafić do lokali socjalnych. A tych w gminach nie ma. W Opolu mieszkań takich jest 181. Wszystkie są zajęte i już teraz w kolejce do "socjali" czeka kolejnych 300 rodzin. Kończy się wprawdzie remont budynku przy ul. Luboszyckiej, ale tam będzie tylko 10 mieszkań socjalnych. Zgodnie z ustawą o ochronie praw lokatorów i mieszkaniowych zasobach gminy, nie można dokonywać eksmisji na bruk wobec: - kobiety w ciąży, - małoletniego, niepełnosprawnego lub ubezwłasnowolnionego oraz sprawującego nad taką osobą opiekę i wspólnie z nią zamieszkałego, - obłożnie chorych, - emerytów i rencistów spełniających kryteria do otrzymania świadczenia z pomocy społecznej, - bezrobotnych, Osobom takim należy się lokal socjalny i nie można ich eksmitować, dopóki lokal taki nie zostanie zapewniony. Lokale zapewnia właściwa gmina. Wyroków sądowych nakazujących opróżnienie lokalu nie wykonuje się w okresie od 1 listopada do 31 marca roku następnego włącznie, jeżeli osobie eksmitowanej nie wskazano lokalu, do którego ma nastąpić przekwaterowanie. Lokal socjalny to lokal nadający się do zamieszkania, którego powierzchnia pokoi przypadająca na członka gospodarstwa domowego najemcy nie może być mniejsza niż 5 mkw., a w wypadku jednoosobowego gospodarstwa domowego - 10 mkw., przy czym lokal ten może być o obniżonym standardzie. (NTO - Ewa Bilicka)
- Po co komu ta droga ? Choć Dobrodzień doczekał się części obwodnicy, tiry nadal jeżdżą przez centrum miasta. Skrzyżowanie ulic Piastowskiej, Lublinieckiej i Oleskiej wciąż jest najruchliwsze i najniebezpieczniejsze w gminie. Jak nam powiedział Andrzej Rzemiński, komendant Komisariatu Policji w Dobrodzieniu, w tym roku na terenie działania komisariatu, czyli gmin Dobrodzień i Zębowice, doszło do łącznie 114 kolizji i 11 wypadków drogowych. Najwięcej, bo aż 12 kolizji i jeden poważny wypadek zdarzyło się właśnie na tym skrzyżowaniu.
- Dzieje się tak dlatego, że krzyżują się tam dwie drogi krajowe: Poznań - Gliwice i Częstochowa - Opole - wyjaśnia komendant. - Kierowcy jadący od strony Poznania lub Gliwic mają aż do tego miejsca pierwszeństwo przejazdu. Więc kiedy w Dobrodzieniu muszą ustąpić jadącym drogą do Opola lub Częstochowy, zachowują się tak, jakby nie zauważali znaku "stop". Wymuszają pierwszeństwo co najmniej kilka razy dziennie. Skrzyżowanie można by ominąć, skręcając na rondzie przy ulicy Oleskiej na oddany niedawno do użytku fragment obwodnicy, zaś na Lubliniecką wyjechać poza miastem. Jednak na razie z tego rozwiązania mogą korzystać jedynie rowerzyści i samochody osobowe, bo odcinek ten jest ciągle pozbawiony zjazdu dla ciężarówek w kierunku na Częstochowę. - Mamy już zapewnienie Generalnej Dyrekcji Budowy Dróg i Autostrad, że przyszłoroczny drugi etap budowy obwodnicy rozpoczną właśnie od tego - mówi burmistrz Dobrodzienia Lidia Kontny.
- Kierowcy byli rozsadni - Olescy policjanci w miniony weekend przeprowadzili akcję "Znicz 2003", podczas której skontrolowali 235 samochodów, wlepili 94 mandaty, złapali jednego nietrzeźwego kierowcę i czterech rowerzystów. Na trasach powiatu oleskiego już w piątkowe popołudnie pojawiły się cztery radiowozy "drogówki" z komendy w Oleśnie, także wozy prewencji oraz policjanci z Praszki i Dobrodzienia.
- Byliśmy na głównych oraz lokalnych drogach powiatu, ponadto w okolicach cmentarzy. Naszym zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa podróżującym, także osobom odwiedzającym cmentarze - wyjaśnia podinspektor Grzegorz Chrzęstek, szef Sekcji Ruchu Drogowego Komendy Powiatowej Policji w Oleśnie. Jak mówią policjanci, to był spokojny weekend. Nie doszło do żadnego wypadku, a jedynie do kolizji, w których nikt nie odniósł obrażeń. - W zwykłe dni mamy po dwie kolizje, a tymczasem podczas całego weekendu, kiedy odnotowujemy wzmożony ruch, były tylko cztery. To niewiele, trzeba zatem stwierdzić, że kierowcy podczas tegorocznych Wszystkich Świętych wykazali się rozsądkiem i odpowiedzialnością - podsumowuje Chrzęstek. Oprócz działań na drogach, policjanci w okolicach cmentarzy rozdawali ulotki, w których radzili, jak w dniu Wszystkich Świętych ustrzec się przed złodziejami. Poza tym funkcjonariusze prowadzili działania, które miały zminimalizować ryzyko kradzieży na cmentarzach i w ich okolicach. - Z poważniejszych zgłoszeń odnotowaliśmy włamanie w Kadłubie Wolnym, gdzie złodzieje z domu jednorodzinnego wynieśli elektronarzędzia o wartości 350 złotych - informuje młodszy aspirant Alina Grzebiela-Kochman, rzecznik prasowy KPP w Oleśnie. Akcja "Znicz" zakończyła się w niedzielę o godz. 22.00
- Jedź i naucz się języka - Wolontariusze, którzy chcą na Zachodzie uczyć się języka obcego, mogą skorzystać z unijnego programu "Młodzież". Jego realizację rozpoczęło oleskie starostwo powiatowe wespół z Powiatowym Centrum Informacji Europejskiej. W ramach programu do państw Unii Europejskiej mogą wyjeżdżać ludzie w wieku od 18 do 25 lat. Tam przez sześć lub dwanaście miesięcy będą pracować za darmo (m.in. w służbie zdrowia i administracji samorządowej), ale w zamian będą się uczyć języka.
- Ponadto zdobędą ciekawe doświadczenia, gdyż wolontariusze mogą działać na przykład w organizacjach pozarządowych - wyjaśnia Joanna Lech, referent ds. integracji europejskiej w Powiatowym Centrum Informacji Europejskiej. Chętni, którzy skorzystają z propozycji starostwa i PCIE, będą mieli zapewnione utrzymanie i kieszonkowe. Mogą wybierać dowolny kraj "piętnastki". Sami też decydują o tym, czym będą się zajmowali na miejscu. - Znajomość języka obcego nie jest wymagana. Jeśli ktoś w ogóle nie porozumiewa się w którymś z zachodnich języków, jeszcze w Polsce wyślemy go na kurs, aby poznał podstawy na przykład angielskiego lub niemieckiego - wyjaśnia Joanna Lech. Osoby zainteresowane ofertą starostwa i PCIE mogą zgłaszać się do Justyny Dudy, która pracuje w wydziale promocji, rozwoju gospodarczego, rolnictwa, leśnictwa i ochrony środowiska oleskiego starostwa. Numer telefonu: 359 78 35 w. 457. - Proces kwalifikacji może trwać nawet pół roku, warto o tym pamiętać, wyznaczając sobie termin wyjazdu - zastrzega Justyna Duda. Starosta oleski Jan Kus mówi, że ta inicjatywa to jeden z etapów działań starostwa, które ma na celu zacieśnianie międzynarodowej współpracy młodzieży. - Mamy już w tym względzie doświadczenia, współpracujemy z Niemcami i Ukraińcami, wspólnie organizujemy Międzynarodowe Spotkanie Młodzieży. Teraz chcemy, aby poprzez wolontariat nasza młodzież poznawała Europę, tym bardziej, że już wkrótce Polska wejdzie do Unii Europejskiej - wyjaśnia Kus. (NTO)
- Mieso do wziecia - Ponad 9 ton konserw mięsnych trafi jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia do najuboższych rodzin w powiecie oleskim. Dary pochodzą z zapasów Agencji Rynku Rolnego, która rozprowadza je w całym kraju za pośrednictwem ośrodków pomocy społecznej i organizacji pozarządowych. Z 5300 ton przetworów, które przekazała w tym roku na ten cel, 164 tony i 639 kg przypadło na Opolszczyznę. 86 ton z tego przydziału rozdzielonych zostało przez Wydział Spraw Obywatelskich w Opolskim Urzędzie Wojewódzkim pomiędzy ośrodki pomocy społecznej, zgodnie ze zgłoszonym przez nie wcześniej zapotrzebowaniem. Zaś pozostałe 78,639 t - przekazanych zostanie za pośrednictwem opolskiego zarządu PCK organizacjom pozarządowym.
Do najuboższych z powiatu oleskiego trafi ponad 9 ton konserw. 5707 kg przetworów rozprowadzą przy tym gminne ośrodki pomocy społecznej. 1,764 tony mieć będzie do podziału zarząd rejonowy PCK. Ok. 220 kg - świetlica dla dzieci i młodzieży przy ulicy Brunona 3 w Oleśnie, prowadzona przez zespół parafialny Caritas. 1,2 - 1,6 tony przekazanych zostanie rodzinom za pośrednictwem dwudziestu działających na tym terenie zespołów parafialnych Caritas. - Żeby nie dopuścić do sytuacji, w której dary mogłyby stać się przemiotem handlu, każda rodzina korzystająca z pomocy, otrzyma specjalną kartę, na której zostaną wpisane wydane jej produkty - uprzedza Halina Osińska, zastępca dyrektora Wydziału Polityki Społecznej w Opolskim Urzędzie Wojewódzkim. - Mamy nadzieję, że dzięki takiej rejestracji przetwory trafią do tych, którzy ich rzeczywiście potrzebują. Jak się dowiedzieliśmy od koordynującej akcję Stanisławy Lewandowskiej, dyrektor Zarządu Okręgowego PCK w Opolu, do piątku dotarło do placówek pomocy w powiecie oleskim już 2,564 tony konserw. - Jako pierwszy otrzymał je zarząd rejonowy PCK, który w najbliższych dniach rozpocznie dzielenie ich poprzez szkolne koła PCK - zapowiada dyrektor Lewandowska. - Swoje puszki odebrały już Dom Pomocy Społecznej w Radawiu i OPS w Zębowicach. Z informacji udzielonych nam przez ks. Arnolda Drechslera, dyrektora Caritas Diecezji Opolskiej, wynika, że do zespołów parafialnych Caritas oraz świetlicy przy ul. Brunona 3 w Oleśnie dary dotrą najprawdopodobniej w tym tygodniu. - W pierwszej kolejności otrzyma je świetlica, natomiast zespoły nieco później - zapowiada ksiądz dyrektor. - W zależności od zapotrzebowania przekażemy każdemu z nich od 60 do 80 kg przetworów. Kiedy odbiorą swe przydziały pozostałe placówki pomocy społecznej, jeszcze nie wiadomo. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie chce im bowiem zorganizować wspólny transport i zanim uzgodni z nimi jego datę, minie zapewne jeszcze kilka dni. - Ponieważ na rozesłane do nich oferty nie otrzymaliśmy jeszcze odpowiedzi, nie wiemy nawet, który z ośrodków pomocy przyłączy się do konwoju - wyjaśnia Maria Podgórska, dyrektor PCPR. - Dlatego, choć chcielibyśmy sprowadzić konserwy jeszcze przed 15 listopada, to z ustaleniem konkretnego terminu musimy się na razie wstrzymać.
- Ile dostaną (w kg)
Ośrodki pomocy społecznej: OPS Dobrodzień - 100 OPS Praszka - 1400 OPS Radłów - 300 OPS Rudniki - 836 OPS Gorzów Śl. - 810 OPS Olesno - 921 OPS Zębowice - 600 Specjalne ośrodki szkolno-wychowawcze: Dobrodzień - 260 Uszyce - 200 Dom Dziecka w Sowczycach - 20 Domy pomocy społecznej: Borki Wlk. - 60 Radawie - 200 (Info-NTO Malgorzata Krysinska)
- Lubliniecki komandos szkoleniowcem bandytow - Oficer komandosów z 1. Pułku Specjalnego w Lublińcu sprzedawał amunicję i szkolił śląskich bandytów, którzy przed ponad rokiem zabili dwóch policjantów w kawiarence internetowej w Czechowicach-Dziedzicach.
- Był zakałą armii - ocenia dziś swego podwładnego płk Bogdan Kołtuński, dowódca jednostki komandosów w Lublińcu od 1999 roku. Kilka miesięcy temu przeszedł do rezerwy. Teraz wyszło na jaw, że kapitan Robert J. utrzymywał też kontakty ze śląskimi gangsterami. W maju 2002 roku podczas strzelaniny w kawiarence internetowej w Czechowicach-Dziedzicach, 25-letni mężczyzna oddał 12 strzałów do dwóch policjantów. Zginęli na miejscu. W śledztwie wyszło na jaw, że zabójcę i jego kompanów szkolił komandos z Lublińca. Gangowi, który ma na koncie m.in. napad na konwój z pieniędzmi w Rudzie Śląskiej, J. sprzedał co najmniej 1200 sztuk amunicji. Prokuratura Apelacyjna w Katowicach oskarżyła go o nielegalny handel bronią. Robert J. po zwolnieniu z jednostki wyprowadził się z Lublińca. Mieszka w jednym ze śląskim miast. (lubliniec.info)
- Glupie zarty i kompletna bezmyslnosc ... W ubieglym tygodniu pewien 17-sto latek zadzwonił na policję z informacją, że w jednym z lublinieckich szpitali podłożona jest bomba. Policja bardzo sprawnie zareagowała łapiąc żartownisia, który tłumaczył się właśnie tym, że miał to być kawał. Teraz odpowie za swoje czyny przed sądem jak pełnoletni ... i bardzo dobrze. (lubliniec.info)
- Najpierw zabojca strzelil mu w glowe a pozniej w serce ... Kogo zamordowano na Kośnego? Ciągle nie wiadomo, kim był mężczyzna zastrzelony w piątkowy wieczór w centrum Opola. Znalezione przy nim dokumenty są fałszywe.
Przypomnijmy, że do zabójstwa doszło tuż po godzinie 19.00 na chodniku przy ulicy Kośnego, pod blokiem w pobliżu skrzyżowania z ulicą Katowicką. Niektórzy świadkowie mówią o trzech strzałach, ale policja znalazła na miejscu tylko dwie łuski. W ciele znaleziono także tylko dwie rany. - Wygląda to na zwyczajną egzekucję - stwierdza jeden z policjantów zaangażowanych w sprawę. - Mężczyzna dostał strzał w głowę, a kiedy upadł, zabójca nachylił się nad nim i dla pewności dobił strzałem w serce. Zeznania świadków nie pozwalają jednoznacznie stwierdzić, czy zabójca działał sam, czy też miał wspólnika. Nie wiadomo także, czy po wykonaniu egzekucji wsiadł do jakiegoś auta, czy też uciekł pieszo. Zastrzelony mężczyzna wynajmował mieszkanie w bloku, pod którym zginął. Choć w chwili śmierci ubrany był w dres i adidasy, to szybko okazało się, że nie był typowym "dresiarzem". Wręcz przeciwnie - sąsiedzi widywali go zawsze elegancko ubranego, najczęściej w garnitur. Był zadbany i wypielęgnowany. Często odwiedzał znajdujące się w tym samym bloku solarium, robił sobie manicure i pedicure. Pieszo prawie wcale nie chodził - najczęściej wsiadał do taksówki albo spod bloku odjeżdżał samochodem. Sportowe ubranie, które miał na sobie, gdy zginął, świadczyć może o tym, że mężczyzna znał zabójcę i został przez niego wywabiony na dwór w stroju domowym. Mieszkanie wyglądało tak, jakby jego lokator miał zamiar za chwilę do niego wrócić. Policja odmawia odpowiedzi na pytanie, czy są bezpośredni świadkowie zabójstwa. Przypomnijmy, że według naszych nieoficjalnych ustaleń jest ich co najmniej troje, w tym kilkuletni chłopiec. Do niedzielnego wieczora tożsamości mężczyzny nie udało się ustalić. Nie zatrzymano także nikogo podejrzanego o dokonanie mordu. (NTO - Michal Wandrasz)
- Oleska Policja szuka kąta Budynek oleskiej komendy powiatowej jest częścią masy spadkowej, o którą upomnieli się potomkowie dawnych właścicieli
To tylko kwestia czasu, kiedy spadkobiercy mogą zwrócić się do policji o odszkodowanie - przyznaje mł. insp. Kazimierz Baran, szef Komendy Powiatowej Policji w Oleśnie. - W 1996 roku wygrali sprawę w sądzie, ale czy zażądają zaległego czynszu za wynajem z odsetkami - tego nie wiem. Może będą chcieli, żeby policja od nich ten budynek odkupiła, albo zażądają wysokiego czynszu? Olescy policjanci mają nadzieję, że nie będą musieli opuszczać budynku z dnia na dzień. Na razie szukają odpowiedniego lokalu w Oleśnie. - Mamy między innymi propozycję przejęcia hotelu po pielęgniarkach - mówi komendant Baran. - Ale wszystko zależy od radnych powiatowych, jaką podejmą decyzję: czy będą chcieli nam sprzedać budynek normalnie, z dużą zniżką, czy oddadzą za darmo. Inspektor twierdzi, że jeśli otrzymają budynek za symboliczną złotówkę, to zastępca opolskiego komendanta wojewódzkiego policji do spraw logistyki już załatwił, że komenda główna da w przyszłym roku fundusze na remont hotelu. - Ale jeśli będziemy musieli zapłacić, to komenda główna najprawdopodobniej z tego się wycofa - dodaje Kazimierz Baran. Starostwo za symboliczną złotówkę odstąpi policji budynek, ale XIX-wieczny, po starym szpitalu. Jednak takiego rozwiązania policja w ogóle nie bierze pod uwagę. - Komisja z komendy wojewódzkiej oszacowała, że koszt adaptacji szpitala pod potrzeby policji przekracza nasze możliwości finansowe - tłumaczy komendant Baran. - Taniej byłoby wybudować gmach komendy. Starostwo odpowiada, że chętnych na budynek hotelu pielęgniarskiego nie brakuje, więc oddawanie go za darmo w obecnej sytuacji budżetowej byłoby nielogiczne. - Jeden z zainteresowanych chciałby stworzyć w nim dom pomocy społecznej - mówi starosta Jan Kus. - Dlatego chcielibyśmy drogą przetargu wyłonić nabywcę. Kus dodaje, że komenda wojewódzka już wystąpiła do starostwa w sprawie budynku hotelu. - Inspektor Dariusz Biel, szef opolskiej policji, rozumie sytuację budżetową starostwa - Kus komentuje wynik negocjacji. Starostwo nie podjęło jeszcze ostatecznej decyzji. - Wszystko zależy od radnych, czy w tej sytuacji finansowej służby zdrowia oddadzą hotel za złotówkę - tłumaczy starosta. Bernard Kus, przewodniczący rady powiatu: - Radni zgadzają się, żeby przekazać budynek starego szpitala za darmo, ale hotel pielęgniarski chcą sprzedać, bo przecież nowy szef polskiej policji już zapowiedział, że będzie inwestował w komendy powiatowe. Inspektor Baran, jakby przewidując, że decyzja radnych może nie być po myśli policji, rozważa: - Przy braku innych rozwiązań może dogadamy się ze spadkobiercami? Reprezentujący spadkobierców mieszkaniec Olesna (prosi o anonimowość) zapewnia, że nie zamierzają oni wyrzucać policji, a budynek są gotowi sprzedać znacznie poniżej jego szacowanej wartości. (NTO - Jolanta Jasinska-Mrukot)
- Zbadaj się za darmo
Na badania prostaty, jelita grubego oraz szyjki macicy zaprasza mieszkańców powiatu kierownictwo placówki. Badania przeprowadzamy w ramach akcji profilaktycznej w zakresie wczesnego wykrywania raka - informuje dr Andrzej Łucki, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Oleśnie. - Wygraliśmy konkurs ogłoszony przez Narodowy Fundusz Zdrowia i otrzymaliśmy kontrakt na dwa tysiące takich badań. Akcja będzie prowadzona do końca roku. Lekarze przebadali już 300 pacjentów. U co dwudziestego z nich wykryli odchylenia od normy, wymagające dalszej diagnostyki. - Dlatego naprawdę warto skorzystać z okazji i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku - zachęca dr Łucki. - Jeśli okaże się, że nie jest, to pacjent zostanie skierowany natychmiast na dalsze, szczegółowe badania. Żeby przebadać jelito grube, wystarczy zgłosić się któregokolwiek dnia w godz. 9.00 -17.00 w poradni chirurgicznej. Natomiast termin badań szyjki macicy oraz gruczołu krokowego należy ustalić wcześniej, w rejestracji szpitalnej, tel. 358-22-51 do 54, wew. 223. - Badania te trwają dłużej niż badanie jelita grubego i wymagają specjalnego przygotowania ze strony pacjentów - wyjaśnia dyrektor ds. lecznictwa.
- Zamknięci w czterech ścianach ... Zespół Opiekuńczo-Leczniczy w Dobrodzieniu szuka przyjaciół, którzy pomogliby mu uzbierać pieniądze na zakup windy. Zakład mieści się w dwupiętrowym przedwojennym budynku po zlikwidowanym przed trzema laty szpitalu. Przebywa tam 34 podopiecznych w wieku od 48 - 93 lat. Ponieważ są to ludzie ciężko chorzy (m.in. po wylewach, sparaliżowani, cukrzycy i cierpiący na zawansowaną miażdżycę), wielu z nich nie radzi sobie z samodzielnym wykonywaniem nawet najprostszych czynności życiowych, a połowa ma poważne problemy z chodzeniem. Tymczasem w budynku nie ma windy.
- Cierpię na niewydolność serca, miażdżycę, cukrzycę i osteroporozę - mówi 82-letnia Cecylia Kempa z sali na pierwszym piętrze. - Ponieważ ledwo powłóczę nogami i szybko tracę oddech, od marca byłam na dworze jedynie dwa razy, gdy przewozili mnie karetką do szpitala. Gdyby była tu winda, to byłoby mi łatwiej i może pooddychałabym częściej świeżym powietrzem. - Poruszam się tylko o kulach - dodaje 87-letnia Anna Maks z sali naprzeciwko. - Chociaż jeszcze często pokonuję schody, to jednak tylko z pomocą pielęgniarki i kosztuje nas to obie wiele trudu. Danuta Skrzeszowska, dyrektor ZOL, twierdzi, że konieczność zainstalowania windy w budynku wynika nie tylko z wymogów ustawodawcy, lecz także z autentycznych potrzeb. Jednak aby ją kupić i zainstalować, potrzeba około 100 tys. zł. Połowę tę kwoty ZOL ma nadzieję pozyskać w Urzędzie Marszałkowskim w Opolu. Kilka tysięcy złotych - w starostwie. 6 tys. zł zarobił podczas letniego festynu, a resztę musi zdobyć od sponsorów. - Jesteśmy jednym z najgorzej dofinansowywanych ZOL-ów w kraju - mówi dyrektor Skrzeszowska. - Na przykład taki sam zakład w Olsztynie ma na dzienne utrzymanie pacjenta średnio 45 złotych, w Warszawie nawet 57, my - 38. A ponieważ musimy utrzymać za to także personel medyczny, kupić leki i pampersy i jeszcze opłacić przewozy pacjentów do szpitala, to o odłożeniu choćby paru groszy możemy jedynie pomarzyć. Dlatego też gorąco prosimy wszystkich ludzi dobrej woli, przyjaciół i sponsorów, by nas wsparli - apeluje. - Liczymy na waszą wrażliwość i hojność. Kto chciałby dopomóc w zebraniu pieniędzy na windę dla pacjentów, proszony jest o przelanie datków na konto: PKP BP SA o. Olesno 28 1020 3668 106020430. (NTO)
- Pobawią się, żeby pomóc - Około 30 tysięcy złotych brakuje Towarzystwu Pomocy Szpitalowi Powiatowemu na zakup nowej karetki. Pieniądze te mają być zebrane podczas balu charytatywnego w najbliższą sobotę.
Bal rozpocznie się o godz. 19 w lokalu "U Wąsińskich" przy ulicy Częstochowskiej. Gwoździem programu będzie recital Andrzeja Rybińskiego, ponadto swym kunsztem pochwalą się najlepsi w Polsce barmani, będzie także pokaz iluzji. - Nie zabraknie doskonałej zabawy, będzie grał zespół, zostaną podane wykwintne dania, między innymi pieczony prosiak - mówi Tomasz Niesłony, wiceprzewodniczący Towarzystwa. Zaproszenia na bal organizatorzy rozesłali do samorządowców, biznesmenów i lekarzy z całego powiatu. Dotychczas swój udział w zabawie potwierdziło 30 par. - Liczymy jeszcze na dwadzieścia zgłoszeń. Można zamawiać zaproszenia w sekretariacie szpitala, numer telefonu to 358 28 55 - podaje Niesłony. - Bilety kosztują 500 zł od pary. Nowa karetka ma kosztować około 200 tysięcy złotych. Większość pieniędzy jest już zebrana. - W święta wielkanocne zorganizowaliśmy wielką zbiórkę, którą przeprowadziliśmy w trzydziestu parafiach, przed pięćdziesięcioma kościołami - wylicza wiceszef TPSP w Oleśnie. - Pieniądze zbieramy podczas różnych imprez, ludzie też dokonują wpłat na konto. Jego numer: 10501171-0504343021, ING Bank Śląski w Oleśnie. Można dopisać: "Darowizna na karetkę". Andrzej Prochota, dyrektor naczelny Zespołu Opieki Zdrowotnej w Oleśnie: - Mamy dwa samochody, z których korzystają zespoły ratunkowe. Są one jednak mocno wyeksploatowane. Należy również dodać, że kształt naszego powiatu jest wydłużony, nawet do 70 kilometrów. Zatem niezbędny jest trzeci samochód, aby można było dotrzeć w każdy jego zakątek w jak najkrótszym czasie - wyjaśnia. - Nowa, dobrze wyposażona karetka zwiększy bezpieczeństwo mieszkańców powiatu oleskiego - dodaje Prochota.
- Bilans wladzy ... Kończy się pierwszy rok z czteroletniej kadencji burmistrzów, powołanych na stanowiska w bezpośrednich wyborach. Przed objęciem władzy składali wiele deklaracji. Ile z nich dziś znajduje pokrycie w faktach? Chcemy to sprawdzić i sporządzić subiektywny ranking gminnych włodarzy. Każdemu z nich wystawimy cenzurki (skalę ocen wzięliśmy z dziennika uczniowskiego, od 1 do 6). Nie klasyfikujemy burmistrzów w tych dziedzinach, których nie poruszali oni w swoich kampaniach wyborczych.
Lidia Kontny, burmistrz Dobrodzienia - Jestem w trakcie realizowania najważniejszych obietnic przedwyborczych. Stawiana jest sala gimnastyczna, budowana jest kanalizacja, kładzione są wodociągi. Wyremontowaliśmy park miejski, zmodernizowaliśmy między innymi ulicę Robotniczą w Pludrach, Chłopską w Malichowie i Szemrowicką w Kocurach. Dokończyliśmy remont zabytkowego ratusza, skomputeryzowaliśmy urząd. Mamy natomiast problemy na przykład z ewidencją geodezyjną. Wiem o tym, że potrzeb jest coraz więcej, a tymczasem gmina otrzymuje coraz mniej pieniędzy rządowych. Już wiadomo, że nie otrzymamy środków na oświetlenie dróg ani na dodatki mieszkaniowe. Józef Włodarz, radny Porozumienia Gmin Powiatu Oleskiego: - Należy stwierdzić, że pani burmistrz wywiązuje się ze swoich obietnic z kampanii wyborczej. Wszystkie sprawy, o których mówiła przed wyborami, są teraz realizowane. Trudno jej coś w tym względzie zarzucić. Cenię sobie też to, że jest burmistrzem wszystkich mieszkańców gminy, nie wprowadza podziałów. Ten rok jej kadencji na pewno można ocenić jako dobry. Natomiast należy stwierdzić, że jej błędem było to, że nie powołała swojego zastępcy, który mógłby ją odciążyć, wesprzeć w pracy i realizowaniu dużej liczby spraw. OBIECANE - DOTRZYMANE - Budowa sali gimnastycznej - szkole podstawowej - Modernizacja dróg - Budowa kanalizacji - Uporządkowanie parku miejskiego - Pozyskiwanie funduszy z zewnątrz
OBIECANE - NIEDOTRZYMANE - brak
SONDA Jak oceniacie burmistrz Lidię Kontną? - zapytaliśmy mieszkańców Dobrodzienia. Gerard Feliks: - Wystawiam pani burmistrz ocenę bardzo dobrą. Jej działalność jest tu zauważalna i wysoko ceniona. Uważam, że to najlepszy w dziejach burmistrz naszego miasta i gminy. Za jej największy sukces należy uznać to, że doprowadziła do wykonania części obwodnicy wokół miasta. Należą się jej za to gratulacje, to ważna sprawa. Henryk Banek: - Podczas wyborów głosowałem na panią burmistrz. Okazuje się, że była to dobra kandydatura. Swoje obowiązki wykonuje sumiennie, a trzeba mieć na uwadze, że sytuacja w kraju nie jest najlepsza. Jej sukcesem jest na przykład wybudowanie części obwodnicy. Piotr Strzelec: - To jest dobry burmistrz. Mieszkam tu od dziesięciu lat, a widzę, że od przeszło roku, za jej kadencji, wiele się zmieniło. Został wyremontowany ratusz, odnowiony park miejski. Na pewno trzeba wystawić pani burmistrz co najmniej ocenę dobrą. Jerzy Rozik: - Oceny są raczej pozytywne. Jako mieszkaniec osiedla "Strzelnica" brałem niedawno udział w spotkaniu z panią burmistrz, była okazja, aby ją poznać, posłuchać, co mówi. Pozytywne jest to, że za jej kadencji będziemy mieli kanalizację. Dobrze, że odnowiła ratusz. (NTO)
- Ofiary weekendowej przemocy ... To klasyka - mówi aspirant Janusz Kochman z Komendy Powiatowej Policji w Oleśnie. - Prawie zawsze sytuacja jest podobna: on ją bije, obrzuca wyzwiskami, czasem bierze do ręki siekierę, grożąc, że zabije.
Policjanci nie zlekceważyli telefonu od przerażonej kobiety, pojechali z interwencją. - Na miejscu okazało się, że są małżeństwem z wieloletnim stażem - opowiada asp. Kochman. - Awantury i przemoc w tym domu były nie od wczoraj, jednak kobieta wezwała nas po raz pierwszy. 56-letnia Eryka ma już dzieci poza domem, mocno nadszarpnięte zdrowie, kilka przebytych operacji, ale zamiast świętego spokoju, musiała schronienia szukać poza domem, kiedy mąż wracał pijany. - Założyłem niebieską kartę, a męża pani Eryki skierowaliśmy do gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych - dodaje asp. Kochman. - Wystarczyła jedna interwencja, żeby w tym domu zapanował spokój. Na wszelki wypadek odwiedzam tę rodzinę. Podczas jednej z takich wizyt policjant zapytał Erykę, dlaczego wcześniej nie dzwoniła po pomoc. Usłyszał, że bała się gróźb męża, myślała, że on naprawdę ją zabije. - Telefon na policję to ostateczność, kobiety dzwonią dopiero wtedy, kiedy naprawdę są bezradne i na nikogo z otoczenia już nie mogą liczyć - podkreśla Kochman. 39-letnia Irena zadzwoniła, kiedy poczuła, że jest całkowicie bezradna. - Jak nie przyjedziecie, to on mnie albo dzieci pozabija - krzyczała, łkając do słuchawki. - Kiedy przyjechaliśmy, mężczyzna dopijał półlitrówkę i dopalał papierosa - wspomina policjant. - Obok niego leżała siekiera, którą przed chwilą groził żonie, a wszystkiemu przyglądały się ich kilkunastoletnie dzieci. Janusz Kochman jest policjantem z 10-letnią praktyką dzielnicowego, widzi, jak wiele w ostatnich latach się zmieniło. - Młodsze kobiety o wiele szybciej szukają pomocy, nie czekają latami na to, że on któregoś dnia wreszcie się zmieni i przestanie się awanturować - tłumaczy policjant. Mówi też o innym, nowym i częstym zjawisku. Policja notuje wzrost weekendowych interwencji, kiedy to mężczyźni zjeżdżają z Holandii albo z Niemiec tylko po to, żeby zrobić w domu awanturę. Mąż 35-letniej Małgorzaty na co dzień jest tysiąc kilometrów od domu. - Nie jest łatwo bez chłopa w domu, ale to idzie wytrzymać - przekonywała sąsiadki Małgorzata. Gorzej było z rozpoczętą budową domu i trzema synami, którym najwyraźniej zaczęło brakować ojca. Ale najgorsze było co innego. W końcu podczas kolejnego weekendu miała już dość kopniaków i pięści zapijaczonego męża, wezwała policję. - Biedy nie masz i z tego ci jest źle? - krzyczała na Małgorzatę rozwścieczona teściowa. - Wstyd przed sąsiadami, żeś ty taka głupia i policję na swojego chłopa wzywasz! Chłop się naharuje, to i jak przyjedzie do domu, to ma prawo na ciebie i dzieci się wnerwić. Chcesz z niego zrobić bandziora? - Przemocy domowej policja już nie traktuje jako "sprawy małżeńskiej" - mówi Elżbieta Korzec, oleski psycholog z Przychodni Terapii Uzależnień od Alkoholu i Współuzależnień, gdzie coraz częściej trafiają ofiary domowej przemocy, kierowane przez dzielnicowych z oleskich gmin. Niejednokrotnie trzeba wielu godzin u psychologa, żeby uświadomić takiej osobie, że była ofiarą przemocy i jak wyglądało jej dotychczasowe życie. - Cechy charakterystyczne ofiar przemocy to uleganie i dopasowywanie się do otoczenia. Wszystko, całe ich otoczenie, które jest nienormalne, z czasem uznają za normalne - wyjaśnia Elżbieta Korzec. - Te osoby całkowicie pozbawione są pewności siebie, brakuje im rozeznania tego, co się wokół nich dzieje, a wszystkie ich myśli krążą wokół tego, co dzieje się w domu. Psycholog dodaje, że trudno w to uwierzyć, ale kiedy kobieta - od kilkunastu lat bita, obrażana i poniżana - usłyszy po raz pierwszy od męża na przykład "Krycha", to promienieje z radości. Maria do przychodni trafiła za namową koleżanki. Sytuacja w jej domu do złudzenia przypominała to, co się działo jeszcze kilka lat temu u jej przyjaciółki. - Jej mąż pił, bił ją i zostawiał dom bez środków do życia - mówi Maria. Kiedy teraz obserwuje ich dom, nie może uwierzyć, że to są ci sami ludzie. - Ona pracuje, do ludzi się uśmiecha i taka jest spokojna - opowiada Maria. - A on zawsze czysty i ogolony, do tego ciągle zapracowany. Ludzie to ich nawet widzą teraz razem w kościele. Pierwsze słowa, jakie Maria wypowiedziała u psychologa, brzmiały: - Ja już dłużej nie mogę tego znosić! - Kiedy widzę, że przemoc jest zagrożeniem dla kobiety i jej dzieci, to mówię: "To ty jesteś odpowiedzialna za siebie i za swoje dzieci", dlatego staram się skierować jej kroki do prokuratury - mówi Elżbieta Korzec. Maria otrzymała w przychodni dokładny opis drogi do prokuratury. Jednak jej droga do tej instytucji to nie były tylko metry dzielące ją od budynku przychodni psychologicznej, to także godziny przebytej terapii. - Pracowałyśmy wtedy nad uświadomieniem jej nienormalnej sytuacji, w jakiej dotychczas żyła - wyjaśnia Elżbieta Korzec. Jednak ofiary przemocy, które trafiają do oleskiej przychodni, to nie tylko żony, ale również matki, które są bite przez własne dzieci. Jednak wystąpić przeciwko własnemu dziecku czy sprawić, by wyprowadziło się z domu, jest o wiele trudniej, bo przecież to nadal dziecko, tyle że alkoholik, narkoman, a zamroczone dotkliwie krzywdzi najbliższą osobę. Jadwiga do przychodni zgłosiła się sama. - Czułam, że już więcej tego ciężaru nie uniosę - mówi Jadwiga po terapii w oleskiej przychodni. Jej 26-letni syn wpadł w uzależnienie krzyżowe, od alkoholu i narkotyków. - Powynosił już z domu wszystkie co bardziej cenne rzeczy - mówi o swoim dziecku Jadwiga. - A w dniu nadejścia renty już tylko czeka, kiedy przyjdzie listonosz. Kiedy Jadwigę sąsiedzi widzieli posiniaczoną, mówiła, że to przez brak światła w piwnicy. - Nie wniosę sprawy do prokuratury - upiera się. Po terapii postanowiła z młodszymi dziećmi, które chodzą jeszcze do podstawówki, przenieść się do rodziny na wieś. ( PS. imiona bohaterek zostaly zmienione) (NTO - Jolanta Jasinska-Mrukot)
|