• MARZEC 2004                                                                                                                        
  • W Lublincu rozbito gang produkujacy lewe paliwo ...                                                                                             Blisko 12 mln zł zarobiła grupa oszustów z powiatu lublinieckiego na nielegalnej produkcji i sprzedaży paliwa. Sprawcy sprzedawali złej jakości paliwo ok. 30 firmom. Oszukali też Skarb Państwa, który nie otrzymał ok. 2 mln zł należnego podatku. Policja zatrzymała 13 członków grupy. Głównemu podejrzanemu postawiono zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, a kilku innym zarzut udziału w takiej grupie. Ponadto zatrzymani podejrzani są o poświadczanie nieprawdy w dokumentach, wyłudzanie podatku oraz "pranie" pieniędzy. Oszuści działali od początku 2002 roku. Kupowali komponenty paliwowe, w tym olej opałowy, z obniżoną akcyzą i mieszali je ze sobą. Takie niskowydajne i zasiarczone paliwo sprzedawali jako pełnowartościowy olej napędowy. Wystawiali fikcyjne faktury na specjalnie w tym celu utworzoną firmę, faktycznie nie prowadzącą żadnej działalności. Na konto tej firmy wpływały pieniądze za nielegalne paliwo, które następnie trafiały na konta organizatorów procederu. W ten sposób "wyprano" prawie 12 mln zł. Zarejestrowana na bezrobotnego firma nie płaciła podatku VAT, przez co Skarb Państwa stracił ok. 2 mln zł.
    Wytwórnia nielegalnego paliwa mieściła się na terenie byłej radzieckiej bazy wojsk rakietowych niedaleko Lublińca. Na miejscu policja znalazła kompletną linię produkcyjną, składającą się z 6 zbiorników o pojemności 30 tys. litrów, kilkudziesięciu o pojemności tysiąca litrów, połączonych ze sobą specjalnymi wężami i systemem pomp. Ostatnim ogniwem tej sieci były dystrybutory.
  • Skandal w Domu Dziecka w Ciasnej ...                                                                                                                             Lubliniecka prokuratura postawiła dyrektorce i wychowawcy domu dziecka w Ciasnej zarzuty psychicznego i fizycznego znęcania się nad dziećmi. Sprawa rozpoczęła się od listu wysłanego przez jedenastu wychowanków, który wpłynął do wydziału polityki społecznej Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. W liście tym oskarżają wychowawców o znęcanie się nad dziećmi. W przeprowadzonej kontroli znaleziono wiele nieprawidłowości i potwierdziły się zarzuty, które mieściły się w liście. Prokuratura w oparciu o zeznania dzieci wszczęła postępowanie i postawiła wychowawcom zarzuty psychicznego i fizycznego znęcania się nad dziećmi. Karą było też zabieranie prywatnych telefonów i magnetofonów. Zdaniem prokuratury wychowawca bardzo często wchodził do łazienki dziewcząt i okładał je kijem po plecach. Wychowawcy nie przyznają się do zarzucanych im czynów. Dyrektor placówki uważa, że całą historię wymyśliła jedna z pracownic. Nie mówi dlaczego. Dziećmi najprawdopodobniej będą musieli zająć się psychologowie. Postępowanie prokuratorskie jest w toku.     (Zrodlo KWP-Katowice)                                                                                                                                    
  • Falszywy alarm bombowy w Lublincu                                                                                                                           We wtorek około 10.30 dyżurny Komendy w Lublińcu został powiadomiony telefonicznie o podłożonym ładunku wybuchowym, w jednym z zespołów szkół. Natychmiast na miejsce skierowano wszystkie służby ratownicze i         zarządzono ewakuację uczniów. Policyjni pirotechnicy dokładnie sprawdzili budynek, nie ujawniając żadnych materiałów wybuchowych.  Lublinieccy policjanci przy współpracy z funkcjonariuszami z K W P w Katowicach ustalili i zatrzymali 18-letniego sprawcę fałszywego alarmu bombowego. Mimo, iż dzwonił on z telefonu komórkowego a operator nie dysponował jego danymi osobowymi, w ciągu kilku godzin w toku czynności operacyjnych policjanci ustalili sprawcę "głupiego żartu". Okazał się nim uczeń tej szkoły. Teraz sąd zadecyduje o dalszych konsekwencjach, jakie poniesie nastolatek. Niewykluczone, że zostanie także obciążony niemałymi kosztami związanymi z przeprowadzeniem całej akcji.   (Zrodlo KWP-Katowice)                                                                                                                                                                                       
  • Niebezpieczny przejazd kolejowy ...                                                                                                                                 Na przejeździe kolejowym w Myślinie (gm. Dobrodzień) dróżnik pracuje tylko od 6.00 do 18.00. Kierowcy o tym nie  wiedzą.
    Przejazd przecina bardzo ruchliwą drogę krajową K-46, łączącą Opole z Częstochową. Mniej więcej sto metrów przed nim stoi znak informujący, iż jest on całą dobę strzeżony przez dróżników. Tak jednak nie jest, bo z początkiem roku PKP ograniczyły pracę stojącego przy nim posterunku jedynie do 12 godzin. Po 18.00 nikt już szlabanu nie opuszcza.

    - Ktoś może kiedyś przypłacić to życiem - ocenia podinspektor Andrzej Rzemiński, komendant Komisariatu Policji w Dobrodzieniu. - Droga jest przecież bardzo ruchliwa, a na widok rogatek i znaków przed nimi każdy kierowca ma prawo sądzić, że przejazd jest stale pod kontrolą. 31 stycznia mieliśmy na to pierwszy dowód: przejeżdżający tamtędy wieczorem kierowca TIR-a cudem uniknął zderzenia z pociągiem naprawczym. Uznał, że skoro szlaban jest podniesiony, to można, bez rozglądania się na boki, bezpiecznie przez tory przejechać.
    Jeszcze 1 lutego policjanci powiadomili o sprawie dyżurnego PKP. W ubiegły piątek komendant Rzemiński zwrócił się jeszcze do dyrekcji kolei z pisemną prośbą o właściwe oznakowanie przejazdu.
    Jednak według Piotra Krywulta, zastępcy dyrektora opolskiego Zakładu Linii Kolejowych PKP, oznakowanie przejazdu w Myślinie jest prawidłowe.
    ń Pismo od komendanta dostałem wczoraj i sprawę styczniowego incydentu dopiero będę wyjaśniać - tłumaczy dyrektor Krywult. - Ale nie zgadzam się z tym, że przejazd jest niebezpieczny, a oznakowanie mylące. Raz, że między 18.00 a 6.00 rano nie przejeżdżają tamtędy już żadne pociągi, poza jeżdżącymi z prędkością 20 km na godzinę składami naprawczymi, a i to zdarza się raz na miesiąc. A dwa, że fakt, iż dróżnicy strzegą przejazdu jedynie przez pół doby, nie świadczy jeszcze o tym, że przez następną połowę jest już niestrzeżony.
    Jak wyjaśnia dyrektor, po 18.00 obowiązek ten spada na pracowników przejeżdżających tamtędy pociągów naprawczych. Tuż przed wjazdem na przejazd któryś z nich powinien wyjść z pociągu i latarką zatrzymać ruch kołowy.
    - Jeśli rzeczywiście 31 stycznia służby z pociągu zlekceważyły tę procedurę, należy to potraktować jako incydent, który się więcej nie powtórzy - podkreśla Krywult.
    - To prawda, że teraz już jeżdżą tędy w nocy jedynie drezyny i pociągi naprawcze - przyznaje Józef Bonk, właściciel domu przy ul. Kolejowej 41. - Jednak od czasu ograniczenia godzin pracy posterunku słyszałem je już parę razy. Lepiej by było, gdyby kolej wprowadziła tu jakieś znaki ostrzegawcze albo automatyczną sygnalizację świetlną.                 (NTO - Malgorzata Krysinska)                                                                                                                                                                                
  • Daleko od sieci ...                                                                                                                                                                 Gertruda i Joachim Kniejscy z Zębowic już od ponad 16 lat starają się w telekomunikacji o podłączenie im telefonu.
    Kniejscy są rolnikami. Mają 20-hektarowe gospodarstwo, pięćdziesiąt świń i trzynaście krów. Ich dom położony jest w polu, w odległości 700 m od głównej drogi przebiegającej przez Zębowice. Kontakt telefoniczny ze światem zapewnia im, jak dodają zbyt kosztowny na ich kieszeń - telefon komórkowy, przypięty, z powodu braku zasięgu, do zamontowanej w domu anteny operatora GSM. O założenie stacjonarnego telefonu zabiegają od 1988 roku.

    - Na moim polu, dosłownie 50 metrów od domu, stały już wtedy od dawna słupy, podtrzymujące trakcję telefoniczną, prowadzącą do pobliskiego pegeeru, położonego przecież jeszcze dalej od drogi, o dobre kilkaset metrów za naszym domem - opowiada pan Joachim. - Liczyliśmy więc naiwnie, że wszystko pójdzie jak z płatka...
    Nie poszło. Pracownicy telekomunikacja uznali, że ówczesna pojemność centrali telefonicznej była zbyt mała, by obciążać ją jeszcze jednym przyłączem. Odpowiedzieli więc Kniejskiemu, że "do tematu" będzie można powrócić dopiero po jej modernizacji.
    - Lata mijały, pegeer upadł i telekomunikacja zwinęła ze słupów prowadzące doń kable telefoniczne, a my wciąż czekaliśmy cierpliwie, aż do czasu modernizacji, czyli do 1995 roku - kontynuuje pan Joachim. - Ale choć obiecano mi wtedy telefon w pierwszej kolejności, nic z tego nie wyszło. W ciągu następnych trzech lat przyłączono do sieci wiele innych gospodarstw w naszej gminie. Nasze pominięto.
    Kniejscy nie dali spokoju telekomunikacji. Składali tam podanie za podaniem, dopytywali się, kiedy zapadnie decyzja.
    - Zawsze nas jednak zbywano i to co rusz innymi argumentami - denerwuje się pani Gertruda. - A to jakiś urzędnik odburknął, że mamy czekać na swoją kolejkę. A to ktoś inny przekonywał, że mieszkamy zbyt daleko od sieci telekomunikacyjnej, więc telekomunikacji nie opłaca się inwestować.
    Pierwszą pisemną odpowiedź otrzymali dopiero we wrześniu 2000 roku, dokładnie w cztery miesiące po skardze, w której Kniejski zagroził, że skieruje sprawę na drogę sądową. Jak wyjaśniła im wtedy Edyta Suchta, p.o. dyrektor Rejonu Obsługi Klienta w Oleśnie, aby podłączyć im telefon, trzeba zbudować nową sieć, co będzie możliwe dopiero po 2000 roku. Kiedy więc po następnym roku pisania podań, przypomnień i próśb, udało im się wreszcie podpisać z telekomunikacją umowę na wykonanie przyłącza w terminie najpóźniej do 14 lutego br., nie posiadali się wręcz z radości. Tymczasem, choć termin wykonania tej usługi minął już tydzień temu, telefonu wciąż nadal nie mają i nikt ich nawet nie powiadomił dlaczego.
    - Czujemy się oszukani i zlekceważeni - nie kryje rozgoryczenia pani Gertruda. - Nie rozumiemy, jak można tak kogoś zwodzić i nawet nie powiedzieć przepraszam. Zwłaszcza, że przecież trwa to już szesnaście lat! Gdyby nasi klienci czekali tak długo na zamówioną świnię, to dawno poumieraliby z głodu!    (NTO - Malgorzata Krysinska)                                              
  • Premia za licha ziemie ...                                                                                                                                                           Pięć gmin powiatu oleskiego leży na tzw. trudnych terenach. Dla tamtejszych rolników oznacza to szansę na dodatkowe dopłaty.
    Ministerstwo rolnictwa uznało, że na taką dopłatę unijną (niezależną od dopłaty do hektara) mają szansę właściciele gospodarstw z gmin Dobrodzień, Olesno, Zębowice, Radłów, Rudniki. Rolnik otrzymałby 38 euro na każdy hektar gruntu. Kwalifikacji dokonał Instytut Gleboznawstwa i Ochrony Roślin w Puławach na podstawie przeprowadzonej wcześniej analizy. Instytut brał pod uwagę m.in. klasę ziemi, nasłonecznienie, stosunki wodne, słabe zaludnienie czy rozdrobnienie gospodarstw.
    - Pism, że dostaniemy te dopłaty, jeszcze nie otrzymaliśmy - w Urzędzie Gminy Dobrodzień prezentują umiarkowany optymizm, żeby nie zapeszyć. - Na razie widniejemy tylko na stronach urzędu marszałkowskiego pośród tych, którzy się zakwalifikowali.
    Po pierwszej analizie przeprowadzonej na zlecenie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, na taką dopłatę nie mogą liczyć rolnicy z terenu gminy Praszka i Gorzów Śląski.
    - Informację, że jako gmina nie zostaliśmy zakwalifikowani do dodatkowych dopłat, otrzymaliśmy już w styczniu - mówi Dariusz Garncarek z UG w Praszce. - Poinformowano nas jednak przy tym, że możemy się starać o przeprowadzenie ponownej analizy, dzięki której da się zakwalifikować do dopłat te sołectwa, w których występują gorsze warunki gospodarowania od średnich w gminie.
    Zlecenie szczegółowej analizy instytutowi w Puławach będzie kosztowało gminę prawie 10 tys. zł. Ale to nie jedyny koszt, bo oprócz tego trzeba też zlecić wykonanie mapy, która kosztuje nawet do 5 tys. zł.
    - Mamy gorsze warunki gospodarowania niż inne gminy naszego powiatu, więc trudno zrozumieć, dlaczego się nie zakwalifikowaliśmy - żali się Marian Ponichtera, wiceburmistrz Praszki. - Nawet jeśli to jest totolotek i istnieje tylko prawdopodobieństwo tego, że nasi rolnicy mogą dostać dopłatę do terenów trudnych, to warto dla tej grupy, która jest w trudnym położeniu, zaryzykować.
    Gmina Gorzów Śl. wystąpiła już o wykonanie dodatkowej analizy warunków, w jakich gospodarują rolnicy sołectwa Skrońsko, Jastrzygowice, Kobyla Góra, Więckowice.
    - Rzecz jednak w tym, że nie można mieć pewności co do przyznania dopłaty, ani w przypadku tych gmin wcześniej zakwalifikowanych przez ministerstwo, ani tych drugich, które chcą płacić za dodatkowe analizy - mówi Piotr Dziedzic z Urzędu Marszałkowskiego w Opolu. - O tym, czy dopłaty zostaną przyznane, zadecyduje ostatecznie Unia.                      (NTO - Jolanta Jasinska-Mrukot)